Głosowanie rozciągnięte na dwa tygodnie rozpoczęło się 15 czerwca i ma potrwać do końca miesiąca. O 109 miejsc w parlamencie walczy ponad 3000 kandydatów zgłoszonych przez 40 partii i grup plemienno-rodzinnych.
Atmosfera towarzysząca wyborom powoduje jednak obawy, czy uda się je dokończyć i uznać za ważne. W wielu regionach kraju, szczególnie w górzystych prowincjach centralnej części Nowej Gwinei, dochodzi do krwawych walk plemiennych pomiędzy zwalczającymi się rodzinami i sympatykami kandydatów.
Według policji, do tej pory zginęło 9 osób, ale właściwa liczba ofiar może być inna. Setki ludzi jest rannych. "W wielu wsiach bojówki kandydatów niszczą domy i podpalają pola rywali. Nikt nie jest w stanie kontrolować tego co się tam dzieje" - mówi jeden z mieszkańców prowincji Eastern Highlands, cytowany przez dziennik The National.
Premier Papui-Nowej Gwinei, Mekere Morauta, wezwał do zakończenia walk i rozstrzygnięcia sporów w demokratyczny sposób. Politycy opozycji podkreślają jednak, że zarzewiem konfliktów są często niekompletne listy wyborców lub kłopoty logistyczne utrudniające wielu mieszkańcom terenów górskich oddanie ważnego głosu. Z wielu miejsc płyną także doniesienia o kradzieżach kart do głosowania i jawnym łamaniu zasad głosowania zarówno przez zorganizowane bandy wyborców, jak i komisje wyborcze.
To siódme powszechne wybory w Papui-Nowej Gwinei od 1975 r., kiedy kraj uzyskał niepodległość. Układ sił w kolejnych parlamentach nigdy jednak nie sprzyjał stabilizacji politycznej. Jeszcze ani jeden rząd nie zdołał utrzymać się przy władzy przez całą kadencję. Niemal co roku krajem wstrząsają skandale korupcyjne lub gwałtowne kryzysy gospodarcze, doprowadzające do upadku kolejne gabinety.