![]() | |||||||||||||||||
|
|
focusCoober Peddy - miasto nadziei17.08.00 90 proc opali na świecie pochodzi z Australii. Z tego duża większość z Coober Peddy - maleńkiego miasteczka zagubionego gdzieś na środku pustyni Gibsona. Nigdzie indziej życie nie koncentruje się aż tak bardzo na tych kolorowych kawałkach kamienia, jak tu. W Coober Peddy wokół opalu kręci się wszystko. Maleńkie miasteczko, które według europejskich standardów zwane byłoby raczej niewielką osadą, jest jednym z pięciu większych skupisk ludzi na trasie w poprzek Australii. Do Alice Springs jest stąd 685 kilometrów na północ, do Adelajdy, na południe, 846. Autobus jedzie 16 godzin, samolotem leci się dwie i pół. Wokół nie ma nic - nie licząc paru stacji benzynowych, kilku grup domostw i pojedynczych siedzib farmerów - Coober Peddy otacza olbrzymia, wroga człowiekowi pustka z rzadka porośnięta niewielkimi drzewami i rachitycznymi krzewami.
Z wierzchu wygląda to trochę jak śląskie "bieda-szyby": pagórkowata okolica zryta korytarzami i uszatkowana dziurami, które służą jako wejścia, wyjścia, kominy i przewody wentylacyjne do domostw i do kopalń. Na nieostrożnego przechodnia na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo - dziury w ziemi niczym nie są zabezpieczone ani nawet oznaczone. Kto wpadnie, leci w dół ze 20 albo 30 metrów. Wokół pełno też charakterystycznych białych stożków - wysypisk piaszczystego gruzu. Gdzieniegdzie pracują charakterystyczne wiertarko-koparki, które drążą główny szyb kopalni opalu. Potem od niego kopacze wiercą w bok dodatkowe chodniki i komnaty. Za zieleń miejską służą głównie kępy wysuszonej trawy i ledwie zipiące badyle wokół kampingu, co podkreślane jest w dumnej nazwie - "Oaza". Kilka drzewek rośnie wokół łaźni miejskiej, pewnie dlatego, że kabiny pryszniców nie są hermetyczne i sporo wody ucieka w grunt. W takich warunkach żyją tu ludzie ze wszystkich stron świata. Prawdziwie kosmopolityczne towarzystwo - 45 narodowości. Na ulicy słychać wszystkie ważniejsze języki: angielski, włoski, rosyjski, grecki, niemiecki. Czasem słychać też polski. Wśród zarażonych opalową gorączką mieszkańców Coober Peddy mamy sześcioro rodaków. Jola prowadzi sklep spożywczy, mąż Jarek trochę kopie. Czasem znajduje jakiś ładniejszy kamyczek, ale przeważnie to ona ich utrzymuje. Przyjechali do Coober Peddy pięć lat temu z Adelajdy, wcześniej mieszkali w Mińsku Mazowieckim. Znajomy ich namówił. Najpierw spróbowali w wakacje, potem mąż przyjechał na dłużej, w końcu ściągnął Jolę i obu synów. Wynajmują małe mieszkanie w jednym z pagórków, ale Jola mówi, że zamierzają kupić własny kawałek góry i wydrążyć coś większego.
W sklepiku Joli akurat nie ma nikogo więc można spokojnie pogadać. Wszyscy mężczyźni szukają opali w kilkudziesięciu okolicznych kopalniach. Jarek też. Jola trochę kręci nosem na to jego kopanie, ale nic głośno nie mówi. Kiedy chłop się uprze, to nic nie poradzisz. To wciąga jak hazard, ludzie kopią bez wytchnienia, bo może jutro, może pojutrze coś się znajdzie. A ona sama, tu przy głównej ulicy, musi się z konkurencją zmagać. Obok - ściana w ścianę stoi największy w mieście supermarket. Mają tam trochę taniej. Jola za to stara się mieć zawsze świeżo. Truck z Adelajdy z towarem przyjeżdża do niej trzy razy w tygodniu, do supermarketu tylko raz. To podraża koszty, ale przecież nie mam tu magazynu, żeby wszystko trzymać - tłumaczy. Poza tym konkurencja walczy tez żwirem. Dwa tygodnie temu, boss supermarketu, który jest przyjacielem burmistrza, kazał wysypać sobie parking. A przed sklepem Joli rozkopali właśnie pobocze i zostawili. Nikt nie może zaparkować, to i zakupów nie zrobi.
Jola, oprócz przyjezdnych farmerów i turystów, jest jedną z nielicznych osób w Coober Peddy, która nie ma bezpośrednio nic wspólnego z opalem. Większość mieszkańców albo kopie, albo obsługuje kopiących. Co dzień bladym świtem długie kolumny samochodów rozwożą górników na ich działki. Kopać może zostać każdy. Wystarczy wnieść w urzędzie miejskim opłatę 25 lub 50 dolarów i dostaje się wyznaczony kawałek ziemi, który ryć można w każdym kierunku. Opłatę za działkę wnosi się co rok. Nie wszystkich na nią stać. Niektórzy górnicy szukając opali stracili wszystkie pieniądze. Dlatego też łatwo tu znaleźć najemników, który za drobną pensję będą kopać i wiercić, nawet po 16 godzin na dobę. Pracuje się w ciasnych, ciemnych korytarzach, pełnych białego i miałkiego pyłu, który wciska się w każdą szczelinę ciała. Najpierw koparko-wiertarka drąży szyb główny. Zarazem jest to zazwyczaj jedyny szyb wentylacyjny. Potem w bok trzeba wdrapywać się ręcznie - z wiertarką, w najlepszym razie przy pomocy tzw. "tunnelling machine", czyli małego górniczego kombajnu. Niepotrzebną rudę usuwa się albo ręcznie, w wiadrach, albo specjalnymi "odkurzaczami" montowanymi na ciężarówkach. Opale znajduje się zazwyczaj w "gniazdach". Może to być jeden duży kamień, albo kilkanaście małych. Na pierwszy rzut oka prawie niczym nie różnią się od wszystkich innych bezwartościowych skał rozdrabnianych dłutem kombajnu. Prawie niczym. Dlatego wzrok drążących korytarze górników nie ma chwili wytchnienia. Najgorszy błąd, jaki może popełnić poszukiwacz opalu, to "przemielenie gniazda". Po czymś takim ponoć jeszcze po roku ludzie walą głową w ściany swojej kopalni. Bakcyla łapią wszyscy - opal, jak narkotyk, wciąga policjantów, bankierów, nauczycieli i mechaników. Najpierw przyjeżdżają tu, żeby pracować w swoim zawodzie, a następnie rzucają wszystko i kopią do upadłego. Czasem z powodzeniem, przeważnie jednak z miernym efektem. Po miasteczku krążą legendy o tych, którym się udało. Był taki Włoch Mazoni. Pracował z bratem i dwoma wspólnikami. Miesiącami nic im nie wychodziło. Pożyczali pieniądze na prawo i lewo, w barze pili na kredyt. Ale pewnego dnia w 1978 roku znaleźli gniazdo opali za 5 milionów. Potem jeszcze jedno, warte 11 milionów. Z biedaków stali się największymi w okolicy przedsiębiorcami. Takie opowieści opowiadane co wieczór w pubie pobudzają wyobraźnię i napędzają gorączkę. A nuż się uda. Dzisiaj. Albo jutro.
W starych kronikach miejskich z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych odnaleźć można też nazwisko górnika Steve'a Matusiaka. Zasłynął on przede wszystkim jako twórca największego w Australii herbu tego kraju. Zaczął budować z... butek po piwie na zboczu pagórka obok swojego domu. Niestety, jak wspomina kronika, dzieła swego nigdy nie dokończył. Dziś po herbie ani śladu. W 1957 roku nasz rodak był też bohaterem głośnej w miasteczku katastrofy samochodowej. Jadąc, wraz z dwoma kolegami, główną ulicą swoim mocno zużytym fordem T, nie zdążył w pewnym momencie wyhamować i czołowo zderzył się z ciężarówką. Jak podaje kronikarz, w tym czasie w Coober Peddy nie było wielkiego ruchu, ale Matusiak zapomniał się, że jest w Australii i jechał prawą stroną drogi. Tymczasem obowiązujące do dziś przepisy każą jeździć po lewej. Mimo, że samochody nie rozwijały wielkich prędkości, ford po wypadku nadawał się już tylko na złom.
Dwie główne rozrywki w Coober Peddy to wyścigi samochodowe i odwiedziny Chińczyków. Te pierwsze - jak wszędzie - jeździ się w kółko, między starymi oponami i wrakami zużytych "rumaków". Byle jak najszybciej. Kto wygra cykl wyścigów, będzie bohaterem miasta przez cały następny sezon. Teraz jest nim Steve Lucas o przydomku "Hunter".
Rzadziej kupcami bywają miejscowi. Wśród nich ważna grupa, to mieszkający w Australii Polacy. Jeden, handlujący opalami w ekskluzywnym sklepie w centrum Sydney, po towar jeździ dwa razy do roku i twierdzi, że to wystarczy. - Kupców na te drogie rzeczy nie ma znowu tak wielu, a drobnicę załatwia się hurtem - twierdzi. Inny, który przed kilku laty zatrudniał matkę w sklepiku w Cairns, nad Wielką Rafą Koralową, sam co dwa miesiące odwiedzał swoją działkę i kopał. - Bo to jednak jest świetna zabawa. Na dwa, trzy tygodnie odcinasz się od cywilizacji, zapominasz o bożym świecie i ryjesz. To wspaniale odpręża psychicznie. A jeszcze jak się coś znajdzie, to stary, żyć nie umierać! Przemysław Przybylski |
| |||||||||||||||
| |||||||||||||||||