spis treści
 wiadomości

 

focus

Coober Peddy - miasto nadziei
17.08.00

90 proc opali na świecie pochodzi z Australii. Z tego duża większość z Coober Peddy - maleńkiego miasteczka zagubionego gdzieś na środku pustyni Gibsona. Nigdzie indziej życie nie koncentruje się aż tak bardzo na tych kolorowych kawałkach kamienia, jak tu. W Coober Peddy wokół opalu kręci się wszystko.

Maleńkie miasteczko, które według europejskich standardów zwane byłoby raczej niewielką osadą, jest jednym z pięciu większych skupisk ludzi na trasie w poprzek Australii. Do Alice Springs jest stąd 685 kilometrów na północ, do Adelajdy, na południe, 846. Autobus jedzie 16 godzin, samolotem leci się dwie i pół. Wokół nie ma nic - nie licząc paru stacji benzynowych, kilku grup domostw i pojedynczych siedzib farmerów - Coober Peddy otacza olbrzymia, wroga człowiekowi pustka z rzadka porośnięta niewielkimi drzewami i rachitycznymi krzewami.

Współczesna historia Coober Peddy rozpoczyna się w 1915 r. W styczniu tego roku, w rejon dzisiejszego miasteczka zapuściła się ekspedycja rangerów pod dowództwem Jima Hutchinsona. Miała zebrać kryształy kwarcu. Niestety, po tygodniach błądzenia po pustyni, nie udało się znaleźć ani jednego. Wieczorem 1 lutego, kiedy zrezygnowani poszukiwacze rozbili obóz i poszli szukać wody, syn Jima Hutchinsona, 14-letni Willie, zbierał kamienie żeby otoczyć ognisko. Jeden wyślizgnął mu się z ręki i rozłupał na ziemi. Wnętrze kamienia rozbłysło jaskrawym, zielonkawym kolorem. Tak znaleziony został pierwszy opal. Wieść o odkryciu szybko rozniosła się wśród australijskich poszukiwaczy złota. Mimo nieprzyjaznych warunków do życia, braku wody i ogromnych upałów, tłumnie zaczęli przybywać w okolice Stuart Range, jak wówczas nazywano miejscowość.
Początkowo opale zbierano tylko na powierzchni ziemi. Pierwsze kopalnie podziemne pojawiły się kilka lat później.W 1920 r. pierwsza rada mieszkańców postanowiła nadać osadzie nazwę Coober Peddy. Wywodzi się ona z języka aborygenów, w którym "kupa piti" oznacza "jamy białych mężczyzn". Mimo zmiennych kolei losu w kolejnych latach, do dziś Coober Peddy jest głównym centrum produkcji opalu w Australii i jednym z najważniejszych na świecie. Miasteczko zaspokaja np. aż 90 proc. światowego zapotrzebowania na tzw "czarny opal" - najcenniejszą i najrzadszą odmianę kamienia.
Sama mieścina nie przypomina niczego, co, żyjąc w Polsce, można by sobie wyobrazić. Jak pisał kiedyś Olgierd Budrewicz, Coober Peddy jest "najdziwniejszą osadą, jaką mogą ujrzeć oczy ludzkie". Prawie nie ma tu zwyczajnych, murowanych domów. Jest kilka sklepów, z wyglądu przypominających nasze kioski spożywcze, kilka hoteli o arabskiej architekturze, trzy stacje benzynowe, kino samochodowe i piaskowe pole golfowe, bez źdźbła trawy. Jest też niezliczona ilość porzucanych w każdym miejscu "zwłok" zużytych samochodów. Tyle widać na powierzchni. Reszta osady mieści się pod ziemią, w wydrążonych i wykutych w piaskowych wzgórzach jaskiniach zwanych "dugoutami". Mieszka w nich ponad dwie trzecie z około 4 tysięcy obywateli. W takich że jamach mieszczą się też trzy kościoły, poczta, galeria sztuki, basen pływacki i cała reszta hoteli, sklepów i czego tam jeszcze do życia potrzeba.

Z wierzchu wygląda to trochę jak śląskie "bieda-szyby": pagórkowata okolica zryta korytarzami i uszatkowana dziurami, które służą jako wejścia, wyjścia, kominy i przewody wentylacyjne do domostw i do kopalń. Na nieostrożnego przechodnia na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo - dziury w ziemi niczym nie są zabezpieczone ani nawet oznaczone. Kto wpadnie, leci w dół ze 20 albo 30 metrów. Wokół pełno też charakterystycznych białych stożków - wysypisk piaszczystego gruzu. Gdzieniegdzie pracują charakterystyczne wiertarko-koparki, które drążą główny szyb kopalni opalu. Potem od niego kopacze wiercą w bok dodatkowe chodniki i komnaty.

Za zieleń miejską służą głównie kępy wysuszonej trawy i ledwie zipiące badyle wokół kampingu, co podkreślane jest w dumnej nazwie - "Oaza". Kilka drzewek rośnie wokół łaźni miejskiej, pewnie dlatego, że kabiny pryszniców nie są hermetyczne i sporo wody ucieka w grunt. W takich warunkach żyją tu ludzie ze wszystkich stron świata. Prawdziwie kosmopolityczne towarzystwo - 45 narodowości. Na ulicy słychać wszystkie ważniejsze języki: angielski, włoski, rosyjski, grecki, niemiecki. Czasem słychać też polski. Wśród zarażonych opalową gorączką mieszkańców Coober Peddy mamy sześcioro rodaków.

Jola prowadzi sklep spożywczy, mąż Jarek trochę kopie. Czasem znajduje jakiś ładniejszy kamyczek, ale przeważnie to ona ich utrzymuje. Przyjechali do Coober Peddy pięć lat temu z Adelajdy, wcześniej mieszkali w Mińsku Mazowieckim. Znajomy ich namówił. Najpierw spróbowali w wakacje, potem mąż przyjechał na dłużej, w końcu ściągnął Jolę i obu synów. Wynajmują małe mieszkanie w jednym z pagórków, ale Jola mówi, że zamierzają kupić własny kawałek góry i wydrążyć coś większego.

W Coober Peddy wszystko jest pokryte brunatnym kurzem
Drilować można samemu, ale bardziej opłaca się wynająć zespół fachowców. Przyjadą ze specjalną maszyną, taką co to i równy sufit potrafi wyciąć, i zrobią lepiej. Ręczną wiertarką można pracować w kopalni, ale jak się chce mieć reprezentacyjne wnętrza to trzeba się wykosztować. Usługa kosztuje 90 dolarów za metr wiercenia, ale po dwóch tygodniach mieszkanie jest gotowe. Można urządzać salony z eleganckimi fotelami, biurkami i szafkami na książki na ścianach. A jak rodzina się powiększy zawsze można dowiercić nowy pokój.

W sklepiku Joli akurat nie ma nikogo więc można spokojnie pogadać. Wszyscy mężczyźni szukają opali w kilkudziesięciu okolicznych kopalniach. Jarek też. Jola trochę kręci nosem na to jego kopanie, ale nic głośno nie mówi. Kiedy chłop się uprze, to nic nie poradzisz. To wciąga jak hazard, ludzie kopią bez wytchnienia, bo może jutro, może pojutrze coś się znajdzie. A ona sama, tu przy głównej ulicy, musi się z konkurencją zmagać.

Obok - ściana w ścianę stoi największy w mieście supermarket. Mają tam trochę taniej. Jola za to stara się mieć zawsze świeżo. Truck z Adelajdy z towarem przyjeżdża do niej trzy razy w tygodniu, do supermarketu tylko raz. To podraża koszty, ale przecież nie mam tu magazynu, żeby wszystko trzymać - tłumaczy. Poza tym konkurencja walczy tez żwirem. Dwa tygodnie temu, boss supermarketu, który jest przyjacielem burmistrza, kazał wysypać sobie parking. A przed sklepem Joli rozkopali właśnie pobocze i zostawili. Nikt nie może zaparkować, to i zakupów nie zrobi.

opal
Opal jest substancją mineralną o budowie zbliżonej do krzemu. Różnią się zawartością wody. Opal ma jej w sobie więcej - od 3 do 20 proc. Powstaje w ciasnych szczelinach skalnych, gdzie stojąca tysiącami lat woda zmienia z czasem swoją strukturę. Może też być wynikiem wietrzenia skał krzemianowych. Opal jest jednym z najbarwniejszych kamieni szlachetnych. Może być biały, żółty, różowy, zielony lub czarny. Najcenniejsze są okazy, w których na tle głównej barwy pobłyskuje inny kolor (np. jaskrawo czerwony na ciemnozielonym tle).
Największe złoża opalu występują w Australii, ale kopie się go również w Meksyku i USA. W Polsce też można go znaleźć. Według "Nowej Encyklopedii PWN" - opal występuje na Dolnym Śląsku (np. w okolicy Bystrzycy Górnej i Jordanowa) oraz w Karpatach. W Australii pierwszy opal znaleziony został około 1849 roku. Jednak w Europie znany był już w starożytności. Współcześnie wykorzystuje się go głównie w jubilerstwie. Ale nie tylko. W Australii niezwykłą karierę opal robi jako tworzywo do produkcji pamiątek. W sklepikach dla turystów znaleźć można setki najróżniejszych figurek, zegarków, lusterek, kubków itp ozdobionych mniej lub bardziej drogocennymi kawałkami błyszczących kamyczków.
Klienci Coober Peddowych sklepów to głównie okoliczni farmerzy. Okoliczni znaczy się z całych 500 kilometrów. Przyjeżdżają raz na dwa, trzy tygodnie. Kupują hurtowo: po kilkadziesiąt jajek, kilogramy sera, kwintale mąki itd. Taki klient to skarb. Oblepione czerwonym błotem terenowe samochody przede wszystkim jednak przyjeżdżają do miasteczka zatankować. Na stacji benzynowej taki farmer blokuje dystrybutor na kilkadziesiąt minut. A potem odjeżdża ociężale, jak opity krwią komar, z kilkunastoma pełnymi kanistrami na dachu.

Jola, oprócz przyjezdnych farmerów i turystów, jest jedną z nielicznych osób w Coober Peddy, która nie ma bezpośrednio nic wspólnego z opalem. Większość mieszkańców albo kopie, albo obsługuje kopiących. Co dzień bladym świtem długie kolumny samochodów rozwożą górników na ich działki. Kopać może zostać każdy. Wystarczy wnieść w urzędzie miejskim opłatę 25 lub 50 dolarów i dostaje się wyznaczony kawałek ziemi, który ryć można w każdym kierunku. Opłatę za działkę wnosi się co rok. Nie wszystkich na nią stać. Niektórzy górnicy szukając opali stracili wszystkie pieniądze. Dlatego też łatwo tu znaleźć najemników, który za drobną pensję będą kopać i wiercić, nawet po 16 godzin na dobę.

Pracuje się w ciasnych, ciemnych korytarzach, pełnych białego i miałkiego pyłu, który wciska się w każdą szczelinę ciała. Najpierw koparko-wiertarka drąży szyb główny. Zarazem jest to zazwyczaj jedyny szyb wentylacyjny. Potem w bok trzeba wdrapywać się ręcznie - z wiertarką, w najlepszym razie przy pomocy tzw. "tunnelling machine", czyli małego górniczego kombajnu. Niepotrzebną rudę usuwa się albo ręcznie, w wiadrach, albo specjalnymi "odkurzaczami" montowanymi na ciężarówkach. Opale znajduje się zazwyczaj w "gniazdach". Może to być jeden duży kamień, albo kilkanaście małych. Na pierwszy rzut oka prawie niczym nie różnią się od wszystkich innych bezwartościowych skał rozdrabnianych dłutem kombajnu. Prawie niczym. Dlatego wzrok drążących korytarze górników nie ma chwili wytchnienia. Najgorszy błąd, jaki może popełnić poszukiwacz opalu, to "przemielenie gniazda". Po czymś takim ponoć jeszcze po roku ludzie walą głową w ściany swojej kopalni.

Bakcyla łapią wszyscy - opal, jak narkotyk, wciąga policjantów, bankierów, nauczycieli i mechaników. Najpierw przyjeżdżają tu, żeby pracować w swoim zawodzie, a następnie rzucają wszystko i kopią do upadłego. Czasem z powodzeniem, przeważnie jednak z miernym efektem. Po miasteczku krążą legendy o tych, którym się udało. Był taki Włoch Mazoni. Pracował z bratem i dwoma wspólnikami. Miesiącami nic im nie wychodziło. Pożyczali pieniądze na prawo i lewo, w barze pili na kredyt. Ale pewnego dnia w 1978 roku znaleźli gniazdo opali za 5 milionów. Potem jeszcze jedno, warte 11 milionów. Z biedaków stali się największymi w okolicy przedsiębiorcami. Takie opowieści opowiadane co wieczór w pubie pobudzają wyobraźnię i napędzają gorączkę. A nuż się uda. Dzisiaj. Albo jutro.

Pomnik rowerzysty ze zużytych części samochodowych
Do legendarnych postaci Coober Peddy należy też Edward Ślizankiewicz, zwany Eddiem albo Kimbą. Nie wiadomo dokładnie kiedy po raz pierwszy przyjechał do miasta. Wiadomo, że do Australii trafił z Jarząbków koło Buska. W Adelajdzie założył przedsiębiorstwo budowlane i kładł kanalizacje i wodociągi. Zarabiał sporo. Większość pieniędzy ładował w sprzęt w Coober Peddy. Jako jeden z pierwszych miał tu spychacz. Starsi górnicy opowiadają przy piwku, że Eddie nie bawił się w drilowanie korytarzy pod ziemią. Orał spychaczem szmat pola i razem z żoną i wspólnikami przeczesywał pędź po pędzi. Nigdy nie znalazł wielkiego bogactwa, ale uchodził za szczęśliwego poszukiwacza. Nigdy się nie zadłużał. W mieście cieszył się niezwykłym poważaniem - do dziś niektórzy mieszkańcy mile go wspominają. Podobno na początku lat osiemdziesiątych wyniósł się z Coober Peedy na zachód w poszukiwaniu złota.

W starych kronikach miejskich z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych odnaleźć można też nazwisko górnika Steve'a Matusiaka. Zasłynął on przede wszystkim jako twórca największego w Australii herbu tego kraju. Zaczął budować z... butek po piwie na zboczu pagórka obok swojego domu. Niestety, jak wspomina kronika, dzieła swego nigdy nie dokończył. Dziś po herbie ani śladu. W 1957 roku nasz rodak był też bohaterem głośnej w miasteczku katastrofy samochodowej. Jadąc, wraz z dwoma kolegami, główną ulicą swoim mocno zużytym fordem T, nie zdążył w pewnym momencie wyhamować i czołowo zderzył się z ciężarówką. Jak podaje kronikarz, w tym czasie w Coober Peddy nie było wielkiego ruchu, ale Matusiak zapomniał się, że jest w Australii i jechał prawą stroną drogi. Tymczasem obowiązujące do dziś przepisy każą jeździć po lewej. Mimo, że samochody nie rozwijały wielkich prędkości, ford po wypadku nadawał się już tylko na złom.

Zużyty sprzęt porzucany jest na ulicy
Oprócz ducha Steva i wspomnień o Eddiem, i oprócz Joli i Jarka, w latach 90. mieszkańcom Coober Peddy z Polską kojarzy się jeszcze też dwóch innych najemnych górników, mechanik w jednej z trzech miejscowych stacji obsługi samochodów i kelnerka w jednym z pubów. Znaleźć ich nadzwyczaj łatwo. Wystarczy w Muzeum Opalu przyznać się, że my "turyści z Polski" i od razu powiedzą, gdzie szukać. Tu każdy wie o każdym prawie wszystko - to małe miasto. Polacy w Coober Peddy nie myślą o powrocie do kraju. Z Polski wyjechali, bo biednie było. Tu niewiele lepiej, ale człowiek przynajmniej czuje się wolny. Robi co chce. A praca przy opalach to owszem jakaś przygoda jest. Ale po roku, najwyżej dwóch, życie znowu płynie jak woda, niewiele ciekawych rzeczy się dzieje.

Dwie główne rozrywki w Coober Peddy to wyścigi samochodowe i odwiedziny Chińczyków. Te pierwsze - jak wszędzie - jeździ się w kółko, między starymi oponami i wrakami zużytych "rumaków". Byle jak najszybciej. Kto wygra cykl wyścigów, będzie bohaterem miasta przez cały następny sezon. Teraz jest nim Steve Lucas o przydomku "Hunter".

Autor na tle panoramy Coober Peddy
Chińczycy natomiast odwiedzają Coober Peddy kilka razy do roku z walizkami pełnymi pieniędzy. Czeków się nie honoruje, a bywa że transakcje opiewają na milion dolarów. Kupcy płacą po kilkaset, rzadko kilka tysięcy dolarów za karaty (za duże okazy) i uncje opali. Cena zależy od wielkości kamienia, koloru (najlepiej żeby wpadał w czerwony), blasku i twardości. Kiedyś swoje zbiory sprzedawali im bezpośrednio górnicy, teraz w handlu pośredniczą właściciele miejscowych punktów skupu. Oni też wstępnie obrabiają kamienie. Z niektórych wytwarzają naszyjniki lub pierścionki i od razu sprzedają w niezliczonej ilości opalowych sklepików i salonów. Większość jednak tylko szlifują i trzymają surowe w magazynie. Za walizki z banknotami od Chińczków opale trafiają najczęściej do Hongkongu a stamtąd, po odpowiednio wyższej cenie, dalej w świat.

Rzadziej kupcami bywają miejscowi. Wśród nich ważna grupa, to mieszkający w Australii Polacy. Jeden, handlujący opalami w ekskluzywnym sklepie w centrum Sydney, po towar jeździ dwa razy do roku i twierdzi, że to wystarczy. - Kupców na te drogie rzeczy nie ma znowu tak wielu, a drobnicę załatwia się hurtem - twierdzi. Inny, który przed kilku laty zatrudniał matkę w sklepiku w Cairns, nad Wielką Rafą Koralową, sam co dwa miesiące odwiedzał swoją działkę i kopał. - Bo to jednak jest świetna zabawa. Na dwa, trzy tygodnie odcinasz się od cywilizacji, zapominasz o bożym świecie i ryjesz. To wspaniale odpręża psychicznie. A jeszcze jak się coś znajdzie, to stary, żyć nie umierać!

Przemysław Przybylski

 
Witryna rady miejskiej Coober Peddy
 Coober Peddy - opalowa stolica świata
 
 mapa regionu
 gdzie po wizę
 linki
 
Kapsel górą
Korek to przeżytek - stwierdzili nowozelandzcy producenci wina i postanowili zamykać butelki kapslami. Klienci są wniebowzięci.

spis treścigdzie po wizęo stroniekontaktenglish